Strefa rodzica
Surowy ziemniak, termometr podgrzewany gorącą herbatą, nieustający ból głowy, który wziął się znikąd – te sposoby na wolne od szkoły zna każdy, kto kiedykolwiek do niej chodził. I choć są stare jak świat, nadal świetnie się sprawdzają.
„Nienawidzę szkoły i nigdy tam nie wrócę!” – zarzekałeś się zapewne nieraz w przeszłości i to samo robią teraz… twoje dzieci. Mamy za sobą reformę edukacji, obniżenie wieku szkolnego, ulepszanie metod pedagogicznych, a jednak pewna rzecz nie zmieni się chyba nigdy – jest nią szukanie wymówek. Takich, które sprawiłyby, że moglibyśmy do szkoły po prostu nie iść. Oto popularne, zabawne, a niekiedy absurdalne powody, które wymyślaliśmy (a niektórzy wciąż to robią), aby zostać w domu. Uwaga – lepiej, aby wasze dzieci tego nie przeczytały, gdyż mogłyby znaleźć tu kilka inspiracji.
Co można zjeść…
Najlepszym rozwiązaniem było oczywiście symulowanie choroby. Ponieważ samo udawanie działało tylko na początku, co sprytniejsi doszli do tego, że muszą mieć fizyczne objawy choroby, mimo że tryskali zdrowiem.
- Starsza koleżanka ze szkoły powiedziała mi, że jak wieczorem zjem surowego ziemniaka, to rano obudzę się z gorączką – wspomina Ania z Warszawy, obecnie 32-letnia. - Spróbowałam tej metody dzień przed sprawdzianem z matematyki, na który w ogóle nie byłam przygotowana. Zawsze byłam nogą z matmy i gdy tylko mieliśmy mieć klasówkę, chodziłam jak struta. Ziemniak był obrzydliwy, a i tak nie pomógł… W dniu klasówki czułam się rewelacyjnie i żadna gorączka nie wystąpiła. Mimo wszystko nie poddałam się i udawałam złe samopoczucie, jak tylko umiałam najlepiej, ale mama nie dała się nabrać i kazała mi iść do szkoły. Ze sprawdzianu dostałam dwóję, jak zwykle.
Byli i tacy, którzy posuwali się do gorszych metod i poważnie igrali ze zdrowiem. Wszystko to w imię jednodniowej laby od szkoły – oczywiście najlepiej w dniu trudnej klasówki.
- Starszy brat miał sprawdzoną metodę na niechodzenie do szkoły, przynajmniej tak twierdził – opowiada Marcin. – Gdy miałem około 12 lat, postanowiłem pójść w jego ślady i wypróbować ją na sobie. Zjadłem trochę proszku do pieczenia i zadziałało tak, że pożałowałem na długo. Miałem gorączkę, wymioty i okropne mdłości. Chciałem „być chory” przez jeden dzień, byłem przez prawie tydzień. Już nigdy tego nie powtórzyłem, ba – ze strachu przyznałem się mamie. Później, zamiast kombinować, po prostu się uczyłem.
Wybuchający termometr i udawana alergia
O wiele bardziej popularne były jednak metody mniej inwazyjne, typu oszukiwanie urządzeń pomiarowych lub dorabianie objawów choroby, które nie niosły przykrych konsekwencji zdrowotnych. Byli tacy, którzy pocierali termometrem o kołdrę po to, aby go nieco podgrzać. W rezultacie słupek rtęci wskazywał temperaturę świadczącą o gorączce. Gorzej, jeśli ktoś wpadł na pomysł oszukania termometru poprzez włożenie go do gorącej herbaty, co groziło jego pęknięciem. Mikroskopijne odłamki szkła i wylana rtęć mogły poważnie zranić delikwenta.