Lech Mankiewicz - Przyjaciel Szkoły 2013

Lech Mankiewicz - Przyjaciel Szkoły 2013

Głos Nauczycielski | 2013-11-14 (09:19)
Głos Nauczycielski
  A A A
Szkoła Szkoła to jest wielki społeczny eksperyment, który może się udać tylko dzięki ludziom – wywiad z prof. Lechem Mankiewiczem, Przyjacielem Szkoły 2013, dyrektorem Centrum Fizyki Teoretycznej Polskiej Akademii Nauk.

Anna Wojciechowska: Co Pan czuł, kiedy podczas wręczania honorowego tytułu „Przyjaciela Szkoły” uczestnicy Gali Nauczyciel Roku 2013 zgotowali Panu owacje na stojąco?

Lech Mankiewicz: Czułem wzruszenie i poruszenie, łzy mi się zakręciły w oczach. Świat jest niesprawiedliwy, ponieważ to ja powinienem zgotować nauczycielom – a już na pewno tym, którzy byli obecni na Gali – owacje na stojąco. Bo nauczycielstwo, to bardzo niewdzięczny zawód. Polska szkoła jest tak sformatowana przez urzędników, że naprawdę trudno być dziś nauczycielem i starać się pomagać dzieciom w zgodzie z własnymi przekonaniami. Dlatego wszystko, co robię, robię właśnie z podziwu dla nauczycieli i z poczucia solidarności z tymi ludźmi, których praca robi na mnie wrażenie. Uważam, że nie zasłużyłem na to wyróżnienie, ale bardzo się cieszę z nagrody, którą otrzymałem.

A.W.: Niewielu naukowców w naszym kraju włącza się w popularyzację nauki. A Pan, poważny profesor, szef poważnej instytucji, ma odwagę bawić się z uczniami i nauczycielami bateryjką, żeby pokazać, jak zrobić proste doświadczenia. Czy koledzy naukowcy nie patrzą na te Pańskie fanaberie z ukosa?

L.M.: Nie, raczej spotykam się z wyrazami sympatii. Coraz więcej naukowców rozumie, że trzeba takie rzeczy robić. W wydanej niedawno książce, dotyczącej popularyzacji nauki, przeczytałem zdanie, które utkwiło mi w pamięci, o tym, że już najwyższy czas porzucić żargon akademicki, wyjść do ludzi i opowiedzieć im, dlaczego to, co robimy, jest takie ważne. Nie chcę być złośliwy, ale w porównaniu z politykami naukowcy dużo szybciej adaptowali się do nowej rzeczywistości. Bo nowe technologie sprawiły, że padły wieże z kości słoniowej budowane wokół nauki, polityki, mediów, rozrywki. Naukowcy to są inteligentni ludzie i widzą, co się dzieje. Większość z nich chciałaby, żeby ludzie ich szanowali i rozumieli, dlaczego warto wydawać pieniądze na naukę.

A.W.: A czym Pan się kieruje?

L.M.: Jako naukowiec chcę się zajmować naprawdę istotnymi problemami. A moim zdaniem nie ma w tej chwili w Polsce ważniejszego problemu niż publiczna edukacja. Bo na świecie trwa wyścig o dostęp do oświaty. Wyścig z wykorzystaniem cyfrowych technologii. Nagle się okazało, że dzięki internetowi dzieciak w Indiach czy Afryce może korzystać z tych samych zasobów, co Amerykanie. I w tym wyścigu nie bez znaczenia są pieniądze bogatych filantropów, takich jak Bill Gates. Niestety, ten wysiłek finansowy całkowicie omija Europę, a już na pewno Polskę, Czechy, Słowację – kraje, które nikomu z niczym się nie kojarzą, bo nie mają znaczącego dorobku cywilizacyjnego. Ten sam problem dotyczy też Niemców czy Francuzów, ale oni mają łatwiej, bo są bogaci. My – nie. Dlatego powinniśmy podjąć wysiłek, żeby nie wypaść z tego wyścigu.

A.W.: Czy tylko pieniędzy brakuje naszej edukacji, żeby przesunąć się do przodu w tym peletonie?

L.M.: Potrzeba nam przede wszystkim głębokiej zmiany w myśleniu o oświacie. Nie wyszła nam reforma podstawy programowej. Jest tajemnicą poliszynela, że minister Katarzyna Hall, którą osobiście bardzo szanuję jako nauczyciela i menedżera oświaty, a która kojarzona jest powszechnie ze zmianami nakładającymi oświacie kaganiec i rozmontowującymi kreatywność, choć wiem, że to miało zupełnie inaczej wyglądać – minister Katarzyna Hall angażuje się teraz w tworzenie prywatnych szkół. I te szkoły będą prowadzone w zupełnie inny sposób niż ten narzucony szkołom publicznym przez reformę programową. Tam dzieci mają się uczyć nie w klasach, ale będą grupowane według umiejętności i zainteresowań, a metodą wiodącą będzie „mastery learning”, czyli uczenie do skutku. Tymczasem publiczne szkoły pracują według zasady, że dziś jest wtorek, więc uczymy się dodawania ułamków, a w czwartek będzie mnożenie. I nie ma znaczenia, czy dzieci zrozumiały dodawanie, czy nie. Odwołam się do tego, co mówi Ken Robinson, znany w świecie ekspert w dziedzinie rozwoju kreatywności: żyjemy w czasach, w których „fabryczna” metoda, że uczeń ma przejść przez akademickie przedmioty, jest nieskuteczna, bo nie daje ani wykształcenia, ani tak dziś potrzebnej elastyczności myślenia. Musimy przemyśleć naszą filozofię edukacyjną, bo rozwój nowych technologii spowoduje, że dla ludzi słabo wykształconych, z niskimi kwalifikacjami, nie będzie pracy – wykonają ją za nich maszyny. Skurczy się też rynek dla kadry menedżerskiej na skutek fuzji firm. Trzeba nam tak kształcić, jak to robią Amerykanie, którzy uczą przedsiębiorczości i tego, jak o siebie zadbać. Nasza szkoła ciągle przygotowuje absolwenta, który czeka, że ktoś inny stworzy mu miejsce pracy. Fundamentalna różnica polega na tym, że amerykańskie uczelnie przyjmują studentów, żeby nauczyć ich, jak zmienić świat, polskie – żeby przygotować pracownika, który będzie odpowiedzią na zapotrzebowanie korporacji. Potrzeba nam poważnego namysłu i dyskusji z udziałem nauczycieli na temat tego, jak ma wyglądać nasza edukacja. Musimy też pracować nad mentalnością nauczycieli, żeby przygotować ich do zmian. Przyszłością bowiem są uczniowie, którzy pracują na platformach internetowych i nauczyciele sprawdzający, które ćwiczenia uczeń zrobił i czy dobrze. I na tej podstawie proponujący młodemu człowiekowi indywidualne zadania, źródła czy lektury.

A.W.: Jednak technologia to nie tylko szanse, to także zagrożenia…

L.M.: Szkoła to jest wielki społeczny eksperyment, który może się udać tylko dzięki ludziom. W całej Europie rozsypał się dotychczasowy system edukacji. Pojawiły się nowe zjawiska – np. w Niemczech są uczniowie, którzy kończą szkoły bez umiejętności czytania, pisania i rachowania. I wcale nie pochodzą z biednych domów czy zaniedbanych środowisk. Przeciwnie, na niczym im nie zbywa. Ale są zaniedbani przez rodziców, bo ci są zajęci zarabianiem pieniędzy. I żadna technologia tu nie pomoże. Choć z drugiej strony, właśnie kupiłem córce aplikację na tablet do nauki angielskich synonimów, bo w jej szkole nie ma pracowni audio, a nauka języka w 25-osobowej klasie z papierowych podręczników to jest żart. I córka siedzi i chętnie się uczy tych synonimów. Dlatego wiem, że te technologie potrafią pomóc w nauce. Wracając do pytania, co trzeba zmienić w naszej edukacji? Wszystko! Instytut Badań Edukacyjnych powinien wreszcie zacząć diagnozować naszą rzeczywistość. Trzeba też czytać to, co o problemach edukacyjnych w swoich krajach piszą inni. Bo nie możemy udawać, że to, co się dzieje z Niemczech, nas nie dotyczy. Otóż dotyczy. Rozmawiam z nauczycielami, którzy opowiadają mi o dobrze sytuowanych rodzicach, niepotrafiących pomóc w nauce swojemu dziecku, bo choć się dorobili, to sami nie skończyli nawet ośmiu klas… To są nowe zjawiska społeczne, które wymykają się dzisiejszej klasyfikacji systemu opieki. W Niemczech odsetek dzieci, które odpadają już w szkole podstawowej, sięga 20 proc. Nie sądzę, żeby na Odrze stała stalowa kurtyna, która nas oddziela od tych problemów. Dlatego uważam, że już niebawem w Polsce ten odsetek będzie taki sam. Jeśli już nie jest, bo my się staramy nie badać spraw, które mogą pokazać, ze mamy z czymś kłopot. I to prawda, że sama technologia nie rozwiązuje problemów, a niektóre może nawet wzmacniać.
następnanastępna [1]2 ... 2

TAGI: Lech Mankiewicz | Przyjaciel Szkoły | nauczyciel | szkoła

oceń
0
0
Podziel się

Opinie

Ten materiał nie ma jeszcze żadnej opinii. Twoja może być pierwsza!